niedziela, 15 listopada 2020

Rozdział piętnasty: Nimfadora Tonks

 Występująca w rozdziale Penny Haywood jest postacią z gry Harry Potter: Hogwarts Mystery. Uwielbiam tę grę, czego efektem mogą być jej bohaterowie pojawiający się tu od czasu do czasu.

...

- Proszę podejść – mruknął kiepsko ogolony czarodziej z ochrony, sięgając po próbnik tożsamości. Aidan znał te urządzenia z macierzystego ministerstwa – ich zadaniem było odkryć to, co celowo zamierzał zataić.

Poprzedniego wieczoru szczegółowo omówił plan z ojcem, wymieniając użyteczne informacje. Najwyraźniej ochrona sprawdzała tylko nowych pracowników pod kątem ukrywania tożsamości, a po otrzymaniu identyfikatora można było przemierzać budynek wedle uznania. To oznaczało, że nie mógł  dziś wejść do ministerstwa z działającym pierścieniem. Dlatego posłużył się duplikatem... i małym podstępem.

Próbnik nie wykazał nieprawidłowości, różdżka została zarejestrowana, pozostało mu więc oczekiwanie.

Atrium odznaczało się klasą i rozmachem, można było śmiało stwierdzić, że jego projektanci nie szczędzili środków na prezencję. Intensywny niebieski kolor sufitu i wszechobecne błyszczenie nie pozostawiało ku temu żadnych wątpliwości. Mieli nawet fontannę z posągiem na piedestale.

Pomieszczenie wypełniało mnóstwo ludzi i nikt nie zwracał na niego szczególnej uwagi, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Ludzie zdążali przed siebie, zajęci swoimi sprawami – nie potrzebował legilimencji by zgadnąć, że część zapewne myślała wyłącznie o kawie, inni o tym, na jaki genialny pomysł wpadnie dzisiaj szef, a jeszcze inni rozważali, czym mogą się wykazać, by w końcu doczekać się upragnionego awansu. Dlatego jedynie pobieżne spojrzenia skupiły się na Aidanie, gdy niespodziewanie ktoś na niego wpadł.

- Najmocniej przepraszam – odezwał się drobny czarodziej w okularach.

- Nic się nie stało – zapewnił odruchowo Valerious.

Mężczyzna oddalił się tak szybko, jak się pojawił, nie poświęcając mu dłuższej uwagi. Młody auror zerknął raz jeszcze na skrawek pergaminu, który wręczył mu czarodziej z ochrony, po czym włożył go do kieszeni. Wyczuł w niej znajomy kształt pierścienia. Szybko podmienił krążek na palcu, przeczesując włosy wolną dłonią, by odwrócić potencjalną uwagę od manewrów przy płaszczu.

Ot i tyle: wystarczyło przy głównym wejściu do ministerstwa zapytać o drogę czarodzieja z personelu technicznego, którego opisał mu Macnair, skonfundować go, przekonać do upozorowania zderzenia i wrzucenia prawdziwego pierścienia do kieszeni Aidana. Za pięć minut mężczyzna w ogóle nie będzie o tym pamiętał.

- Aidan Valerious? - usłyszał wesoły, kobiecy głos. Odwrócił się, by ujrzeć przed sobą drobną dziewczynę o krótkich, wściekle różowych włosach. Nie wierzył, że aż tak mu się poszczęściło.

- Do usług – skłonił głowę, nie przerywając jednak kontaktu wzrokowego.

- Byłeś już przy stanowisku ochrony? - zapytała, przyglądając mu się uważnie.

Wyjął z kieszeni skrawek pergaminu i uniósł go w dwóch palcach.

- Domyślam się, że też chcesz zobaczyć pergaminy uwierzytelniające?

- Jeśli Eryk już je widział, ja nie muszę. Oddasz je później do kadr. Przy okazji, wszyscy nazywają mnie Tonks.

Nimfadora Tonks, aurorka, członkini Zakonu Feniksa. Miło wiedzieć, że przynajmniej Dumbledore trzyma rękę na pulsie.

- To ksywka?

- Nazwisko.

- Nie mam zwyczaju zwracać się do młodych dam z użyciem samego nazwiska.

- W takim razie dobrze się składa, że nie jestem żadną damą.

- Zdajesz sobie sprawę, jak to zabrzmiało? - uśmiechnął się, unosząc szybko brwi do góry i natychmiast je opuszczając.

- Nie biorę odpowiedzialności za niczyje kosmate myśli. Słuchaj, mów mi Tonks, to istnieje szansa, że się zaprzyjaźnimy, jasne?

- Naturalnie. Nie zaryzykuję nieporozumienia z osobą, która nie przestaje się uśmiechać przed dziewiątą rano.

- Co jest złego w uśmiechaniu się przed dziewiątą rano?

- Nic takiego, słowo.

- Nie jesteś przekonujący. Ty też się uśmiechasz.

- Nigdy nie twierdziłem, że jestem normalny.

Twarz Tonks rozciągnęła się w oburzeniu, ale trwało to tylko sekundę, po której się roześmiała.

- W takim razie będziesz musiał na mnie uważać. Chodźmy.

- Z przyjemnością.


Viktoria otworzyła okno i wpuściła do pokoju dwie sowy. Jedną z nich znała bardzo dobrze – była to Esmeralda, samiczka puchacza należąca do Dracona. Zgodnie z jej przewidywaniami minęła pannę Black i podfrunęła do Vespery.

- Och, witaj, Esme! - zawołała panna von Sternberg, pozwalając przybyłej usiąść na swoich kolanach, gdy zajęła się odczepianiem wypchanej koperty od nóżki ptaka.

- Dawno się nie widziałyście, co? - wytknęła przyjaciółce Viktoria, zajmując się drugą wiadomością. Nie znała sowy, ale znała pismo na kopercie.

- Żebyś wiedziała. Draco musi się uczyć.

- A ty nie?

- Ja też, ale ja nie muszę rywalizować z mugolaczką.

- Nie po to powinien się uczyć.

- To mu to powiedz. Unikając słów „Hermiona” i „Granger”.

- Kiedy ją nazwał po imieniu?

- Nigdy, znam je od ciebie. Właściwie skąd ty je znasz?

- Z artykułu, który mi przysłał w zeszłym roku. Zawzięty jest.

- Zgadza się. - Vespera przygryzła wargę, przypominając sobie pewien zupełnie niezwiązany z tematem rozmowy wakacyjny epizod. - Zdecydowanie.

Panna Black przewróciła oczami, otwierając list od brata.


Księżniczko,

Mogło cię zastanowić, dlaczego tak długo musiałaś czekać na odpowiedź. Przebywam obecnie w Londynie, gdzie oddelegowano mnie w sprawie zniknięcia dyrektora, a sytuacja wygląda tak, że zostanę tu przez jakiś czas. Naturalnie pozostaję w zasięgu sów pocztowych i sieci Fiuu.

Nie zdziwię się, jeśli jest w tym trochę racji. Dyrektor Dumbledore nie jest ostatnio osobą mile widzianą w brytyjskim ministerstwie. Okazuje się, że mają tu obecnie ciekawe podejście do niewygodnych pogłosek – zamiatają je pod dywan. Jeżeli nie niepokoi ich sytuacja, która martwi zagraniczne ministerstwa, coś poszło nie tak.

Cieszę się, że rok dobrze się rozpoczął. Jeśli chodzi o Tidala, dziękuję za informację. W razie konfrontacji wiesz, co robić. Zaufaj swoim instynktom. Nigdy nie uważałem, że nadaje się na nauczyciela, ale być może to kolejna rzecz, którą dobrze ukrywał. Gdyby coś cię zaniepokoiło, nie wahaj się mnie powiadomić. Pilne sprawy przez Fiuu, adres masz na kopercie.

Widziałem się niedawno z Lucjuszem i Narcyzą, oboje mają się doskonale. Twoja ciotka wypytywała o von Sternbergów, chyba robi się poważnie.

Jeśli Ci się uda, skontaktuj się ze mną w piątek o dwudziestej czasu angielskiego.

Całuję,

A.


- Dwudziesta czasu angielskiego – prychnęła Viktoria; nigdy nie przeszła do porządku dziennego nad upodobaniem brata do dwudziestoczterogodzinnego zegara.

- Co mówisz? - zapytała Vespera znad kilometrów swojego listu.

- Aidan jest w Anglii i nadal używa waszego oznaczania czasu.

- Co tam robi?

- Szuka Karkarowa.

- Przecież mówił, że ktoś inny prowadzi tę sprawę. Dlaczego wysłano jego?

- Tego nie napisał. Chce pogadać w piątek wieczorem.

Bardzo rzadko Aidan proponował rozmowy przez Fiuu kiedy była w szkole, zwłaszcza jeśli niedawno się widzieli. Ewidentnie miał jej coś ważnego do powiedzenia. Pewnie tym razem coś o Aldhemie, potraktował temat dość zdawkowo, a może ma dla niej radę nie nadającą się na pergamin.

- Na to nie wpadłam! Przecież mogę porozmawiać z Draco przez Fiuu!

- Nie ekscytuj się tak. Nie można ustanowić połączenia kominkowego między szkołami magii.

- Skąd wiesz?

- Karkarow mi kiedyś powiedział. Jakieś zwyczajowe zasady, czy coś w tym stylu.

- Co za bzdura – prychnęła panna von Sternberg. Jej oczy wróciły do listu.

Tymczasem Viktoria podrzuciła brązowej płomykówce trochę sowiego przysmaku, napisała krótką odpowiedź i przywiązała ją do nóżki ptaka.

- Przejdę się – oznajmiła, wypuściwszy sowę przez okno. - Zobaczymy się na śniadaniu.

Mruknięcie ze strony Vespery uznała za aprobatę.

Pogoda była wyjątkowo piękna, zdecydowała się więc pójść na dziedziniec. O tej porze z rzadka można było tam kogoś spotkać, co oznaczało, że jej ulubiona ławka przy Wieży Jastrzębia była wolna.

- Mruczysz – oświadczył Odilion, siadając obok niej około dwadzieścia minut później.

- Nie pierwszy raz – zauważyła, zamykając czytaną powieść - Jak mnie znalazłeś?

- Podążałem za twoja aurą, oczywiście. Jest nie do odparcia.

Przeszyła go spojrzeniem zwężonych oczu.

- No dobrze, niech będzie. Widziałem, jak wychodzisz na zewnątrz i nie chciałem, żebyś spóźniła się na śniadanie. Jeśli rano nie zjesz, jesteś marudna.

- Nie jestem.

- Jak to nie? Mam ci przypomnieć, jak zaspałaś po imprezie na zakończenie sezonu quidditcha?

- Twierdziłeś, że nie masz o to żalu.

- Bo nie mam. Nawet jeśli zrobiłaś bardzo interesujące pierwsze wrażenie na mojej babci.

- Mogłeś mnie uprzedzić, że za mną stoi.

- W życiu. Nigdy nie widziałem, żebyś się tak zarumieniła.

- Och przestań! - uderzyła go lekko w kolano. - Teraz pewnie myśli, że wychowały mnie wilki.

- Na pewno znajdziesz sposób, by ją pozbawić tego wrażenia.

Viktoria schowała książkę do plecaka.

- Co robisz wieczorem?

- Co zechcesz.

- Pytam poważnie.

- A ja poważnie odpowiadam. Nie mam żadnych specjalnych planów, więc mogę być cały twój.

- Trzeba odkurzyć sprzęt.

- A, to. - Odilion westchnął teatralnie. - Myślałem, że chcesz mnie zaprosić na randkę.

- Ja ciebie?

- Czemu nie? Przecież lubisz o wszystkim decydować. Powiedz tylko, kiedy i gdzie.

- A co z „czy w ogóle”?

- Lubię myśleć, że ten etap mamy już za sobą.

- Zapytasz chłopaków o wieczór?

- Pewnie – zapewnił, niezrażony. - Dam ci znać.

- Świetnie. - Wstała i obejrzała się na niego. - Idziesz?

Kiwnął głową.

- Dlaczego akurat dziś? - zapytał, gdy szli przez dziedziniec.

- Musi być zaraz jakiś ważny powód? Twoja perkusja nie była ruszana od dwóch miesięcy.

- Jest zaczarowana, nic jej nie będzie. I nie jest tak naprawdę moja.

- Pan Ivars mówił, że jej nie potrzebuje.

- Bzdura. Sam nie zagra, nie wyrzuci ani nie odda, ale lubi nas słuchać, bez różnicy, co gramy – a to znaczy, że ma dla niego jakąś wartość sentymentalną, choć się do tego nie przyzna. Poza tym zajęłaby za dużo miejsca w bagażu.

- Ledwie wróciłeś, a już myślisz o wyjeździe – nadąsała się Viktoria.

- Jestem w ostatniej klasie. Zapewniam cię, ta podróż ekscytuje mnie bardziej, niż egzaminy końcowe. I wcale nie wiem, czy wrócę po roku.

- Rozumiem. Kto wie, co może cię zatrzymać gdzieś na świecie...

- W ogóle nie będziesz za mną tęsknić, co?

- Przeciwnie. Właściwie to nie wiem, jak sobie bez ciebie poradzę w przyszłym roku.

- Co masz na myśli?

- Bez ciebie, Magnusa i Aleksa będzie tu strasznie nudno. I chyba nie jestem na to gotowa. Zupełnie sobie nie radziłam, zanim zaczęliśmy się przyjaźnić. Wystarczy spojrzeć, jak spaprałam sprawę z Katią.

- Katia miała w tym swój udział. Poza tym teraz ludzie cię znają i lubią.

- Bo wcześniej było inaczej?

- Wcześniej byłaś zmanierowaną małolatą, do której ciężko było dotrzeć. A jedenastolatkowie raczej nie są specjalnie wyrozumiali.

- Zapomniałeś dodać, że byłam przemądrzała.

- Nie, to akurat ci zostało. No już, bez takich min. Chciałem powiedzieć, że teraz jesteś częścią społeczności, i nawet beze mnie w pobliżu świetnie sobie poradzisz.

- To słodkie, że tak mówisz. Ale mam inny plan.

- Jaki?

Powiedziała mu. I wywołała taki efekt, że zatrzymał się i zapomniał, dokąd szedł.

- Mówisz poważnie?

- Jak najbardziej.

- To twój pomysł, czy Vespery?

- Mój. Ale ona będzie zachwycona.

- Nie zgodzą się. Od trzynastu lat nie zgodzili się ani razu.

- Widocznie wnioskujący nie mieli dobrych argumentów.

- I nie zamierzasz uznać odmowy?

- Oczywiście, że nie.

Odilion spróbował się uśmiechnąć, ale zupełnie mu nie wyszło. Tak naprawdę nie powinno go to dziwić. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by zrealizować swój pomysł.

Tylko że tym razem wcale go to nie cieszyło.


- Nazywacie to kawą? - zdumiał się Aidan, obserwując uważnie brązowy płyn wypełniający kubek.

- Niech zgadnę, przyzwyczaiłeś się do lepszej? - Tonks patrzyła na niego z rozbawieniem. Typowa reakcja gości z zagranicy na kawę podawaną w ministerstwie wahała się pomiędzy zmieszaniem a nieskrywanym zniesmaczeniem.

- Nie byłoby specjalnie trudne znaleźć lepszą.

- Mało bywasz w kiepskich spelunach, nie?

- Zdarza się. Tylko że zamiast paskudnej kawy zamawiam podłe drinki. Z alkoholem przynajmniej wiesz, czego się spodziewać. No i mniej zwracasz uwagę.

- Zapamiętam.

- Mogę się mylić, ale w twoim przypadku trzeba by trochę więcej niż zmiana zamawianego napoju, by nie zwracać uwagi.

- Mówisz? - Dziewczyna spojrzała na niego z wyraźnym rozbawieniem. Chwilę później w miejscu różowowłosej aurorki pojawiła się surowo wyglądająca, starsza pani z ciemnymi lokami. - Zważaj na słowa, młodzieńcze.

Zaskoczenie Aidana na widok transformacji nie było udawane, bo choć nieoficjalnie wiedział o jej umiejętnościach, nigdy wcześniej nie miał okazji widzieć tego typu przemiany na żywo.

- Umiesz transmutować się niewerbalnie i do tego bez użycia różdżki? Jestem pod wrażeniem.

- Niepotrzebnie – zaśmiała się, wracając do poprzedniego wyglądu. - Urodziłam się z tym.

- Tym bardziej. Nie spotkałem wcześniej żadnego metamorfomaga, ale słyszałem, że utrzymanie danego wyglądu wymaga dużej siły woli i stabilnych emocji przez cały czas. To jeszcze bardziej imponujące.

- Po pewnym czasie zaczyna to być tak normalne, jak oddychanie. Nic specjalnego.

- Dysponujesz jedną z najrzadszych magicznych mocy i to ma być nic specjalnego? Niemożliwa jesteś.

- O, to już szybciej. - Tonks napiła się swojej kawy i skrzywiła się.

- A widzisz – wytknął jej Aidan.

- Nalałam sobie odruchowo. Nie lubię kawy.

- Bo nie piłaś dobrej. Trzeba będzie coś z tym zrobić.

- Mocna herbata działa podobnie.

- Ale nie smakuje aż tak dobrze.

- Zależy jaka. W Londynie mamy naprawdę dobrą.

- Założę się, że moja ulubiona kawa przebije twoją najlepszą herbatę.

- Nie ma szans.

- Wyzwanie przyjęte.

Stuknęli się kubkami.

- Dostanę mój własny?

- Kubek? Wyczaruj sobie, jeśli te ci się nie podobają.

- Chcę taki z logo ministerstwa.

- Nie mamy takich.

- Powinniście wprowadzić. Odrobina magii, i macie gotowy upominek dla odwiedzających.

- Takich jak ty?

- Przecież właśnie do tego zmierzam.

- I kto tu jest niemożliwy?

- Trafił swój na swego.

Przekomarzaliby się pewnie jeszcze długo, gdyby właśnie w tej chwili do aneksu kuchennego nie wszedł Carmichael.

- Tu jesteście. Tonks, kiedy mówiłem, żebyś zajęła się nowym, miałem raczej na myśli wprowadzenie go w tutejsze procedury i reguły, a nie popijanie kawy.

- Zrobiłam to kilka godzin temu – odparła wesoło dziewczyna. - Później przeszliśmy się po departamencie, z uwzględnieniem wszystkich biur, z którymi może mieć styczność. Mieliśmy też okazję spotkać panią Bones i parę innych osób.

Starszy mężczyzna spojrzał na nią z uznaniem.

- W porządku. Dzięki za pomoc. - Odwrócił się do Aidana. - Hektor Carmichael, prowadzę sprawę Karkarowa.

- Aidan Valerious, miło mi. - Chłopak skłonił lekko głowę.

- Idziemy, zapoznam cię ze sprawą.

Aidan machnął różdżką, a jego kubek wylał zawartość do zlewu i zaczął się sam myć.

- Do zobaczenia, panno Tonks – pożegnał się, mrugając do niej.

- Na razie – odparła. Spojrzała z niechęcią na swoją kawę i odstawiła ją.

Chwilę później do pomieszczenia wślizgnęła się drobna blondynka, która szybko podeszła do aurorki.

- No dobrze, to teraz wszystko mi opowiedz – zarządziła, opierając się o blat kuchenny.

- Niby o czym? - Tonks wzruszyła ramionami, świetnie wiedząc, o co chodzi.

- Nie myśl, że się wykręcisz. - Penny Haywood pogroziła jej żartobliwie palcem. - Za chwilę każda dziewczyna w ministerstwie będzie chciała wiedzieć, kto to jest - i do kogo przyjdą?

- Mam nadzieję, że nie do mnie – uśmiechnęła się Nimfadora.

- Zrób więc nam obu przysługę i wygadaj się.

- Nie mam wiele do powiedzenia. Nazywa się Aidan Valerious, jest aurorem, i przyjechał ze Szwecji pomóc przy sprawie zniknięcia Karkarowa.

- To zawsze jakiś początek. - Penny odrzuciła włosy do tyłu, zadowolona z uzyskanych informacji. - Długo zostanie?

- Wydaje mi się, że do czasu, aż znajdą dyrektora. Byłego dyrektora, Durmstrang ma już nowe kierownictwo. Nie rozumiem, czym się tak ekscytować.

- Daruj, kochana, ale jesteś albo kompletnie ślepa, albo jeszcze bardziej niezainteresowana.

- Ma pierścień, pewnie jest żonaty.

- W Szwecji też noszą obrączki na lewej dłoni. On ma na prawej. To raczej pamiątka rodzinna.

- Masz zaskakującą wiedzę na temat jubilerskich zwyczajów za granicą. - Tonks nawet nie próbowała ukryć rozbawienia. Penny, z którą jeszcze kilka lat temu dzieliła dormitorium, była jedną z najpopularniejszych i najlepiej poinformowanych uczennic Hogwartu. Wszyscy ją lubili, nawet Snape, a to było osiągnięcie na skalę kosmiczną. Teraz pracowała w zespole badawczym ministerstwa jako młodsza specjalistka od eliksirów, a w wolnym czasie swatała, kogo się dało.

- To jeszcze nic. Okazuje się, że w Skandynawii coraz później decydują się na małżeństwa, więc większość czarodziejów w naszym wieku nie jest z nikim związana. Kolejna rzecz, którą przejmujemy od mugoli.

- I jak tu się zgodzić, że mugole to samo zło?

- Nawet nie próbuj. Radykalne poglądy nie mają prawa przetrwać w świadomym społeczeństwie.

- A jesteśmy takim społeczeństwem? - z wyraźnym powątpiewaniem zapytała Tonks.

- Mamy coraz więcej świadomych jednostek. Z czasem będzie nas więcej.

- Szkoda, że czasem trzeba porządnego szoku, żeby niektórzy się obudzili.

Jeśli Penny usłyszała, co jej koleżanka mruknęła pod nosem, nie dała po sobie tego poznać. Znikła tak szybko, jak się pojawiła, mijając po drodze Kingsleya Shacklebolta.

- Jak tam? - zapytał, szukając w szafce puszki z herbatą.

- Przeszedł kontrolę, a eliksir w kawie nie ujawnił żadnych zmian w powierzchowności. W kadrach Ben przejrzał dokumenty i potwierdził autentyczność, a pióro nie wykryło fałszerstwa w podpisie.

- Trzeba będzie jeszcze prześwietlić rodzinę i ewentualne powiązania z obozem przeciwnika. A co ty myślisz?

- Wydaje się w porządku. Może trochę staroświecki i uparty.

- Dobrze słyszałem, że zwrócił się do ciebie per „panno Tonks”? - Shacklebolt sprawiał wrażenie rozbawionego.

- Nikt tak do mnie nie mówił od czasu Hogwartu. Sama byłam w szoku.

- Życie, drogie dziecko. Nie każdy dostosuje się do twoich wymagań.

- Przeżyję. Ale nie ręczę za siebie, jeśli zacznie mi mówić po imieniu.

- Słusznie. Co się będziesz spoufalać z pierwszym lepszym. - Powiedział to żartobliwym tonem, ale po chwili nieco spoważniał. - Tym bardziej, że na sprawę Karkarowa trzeba uważać, bo oni też go szukają.

- Pewnie tak. Dzień dobry, panie Dawlish.

Wysoki auror skinął jej głową, a Kingsley zaraz zajął go rozmową. Tonks wyszła z aneksu bez pożegnania, żeby Dawlish nie pomyślał, że przerwał jakąś tajną naradę. Proponowała na zebraniu Zakonu Feniksa, żeby wymyślili jakiś tajny kod do porozumiewania się w pracy, ale jej pomysł trafił w próżnię. Tak to jest, jak się ma do czynienia ze starszymi pokoleniami. Odkąd dzieciaki wróciły do szkoły, w Kwaterze Głównej zrobiło się jakoś śmiertelnie poważnie. Syriusz snuł się po domu bez celu i ochoty na cokolwiek, a Remus i Bill działali na innych obszarach. Pewnie, że dołączyła do Zakonu niedawno, a prawie wszyscy pozostali znali się z czasów poprzedniej wojny, więc oczywiste, że adaptacja zajmie jej trochę czasu. Gdyby nie wiedziała, jakie to ważne, nie byłoby jej tu, ale jednak lepiej by się czuła, gdyby mogła pogadać o tym, co robią, z kimś w przynajmniej przybliżonym wieku.

Przynajmniej częściej, niż raz na miesiąc.


- Zaczekajcie chwilę. - Viktoria zatrzymała się na skalnej ścieżce prowadzącej z Durmstrangu do portowej osady. Przyjaciele spojrzeli na nią pytająco. - Muszę wam coś powiedzieć.

- To coś pilnego? - zapytał Alex, chowając dłonie głęboko do kieszeni kurtki. - Nie obraź się, ale jest zimno jak w sowiarni.

- Zamierzam pojechać do Hogwartu na wymianę międzyszkolną.

Chwilę trwało, nim ktokolwiek przemówił.

- Rozumiem, że mówisz o przyszłym roku? - upewnił się Magnus.

- Naturalnie. Jest o wiele za późno, by dostać się na obecny semestr.

- Chwileczkę... - wtrąciła Vespera, zaplatając ramiona w ósemkę. - Zamierzasz mnie tu zostawić?

- Zwariowałaś? Chcę, żebyś pojechała ze mną.

Twarz jej przyjaciółki rozpromieniła się na moment, ale za chwilę znów spochmurniała.

- Podejrzewam, że trzeba mieć dużo lepsze oceny.

- Wystarczy, że przyłożysz się w tym roku. Podania składa się przed wakacjami. Pomogę ci w razie potrzeby. Chciałabyś?

- Jeszcze się pytasz? - podekscytowana panna von Sternberg zaczęła podskakiwać w miejscu. - Będę miała wstęp do siedziby Slytherinu?

- Nie mam pojęcia... - zaczęła Black, ale nie dane jej było skończyć.

- Nieważne. Piszę się na to.

- Dobrze to przemyślałaś? - Magnus nie spuszczał wzroku z Viktorii. - Przecież uwielbiasz Durmstrang. Z tego, co pamiętam, cała ta historia z dziadkiem Aidana miała na celu wysłanie cię tutaj. I teraz rezygnujesz? Tylko mi nie mów, że chodzi o nas, bo ci nie uwierzę.

Dziewczyna westchnęła.

- Trochę tak. Między innymi. Bo widzicie, przed incydentem w Arjrplog Aidan powiedział mi, że może będziemy musieli wrócić do Anglii, a teraz sam tam pojechał. Twierdzi, że chodzi o Karkarowa, ale jestem zdania, że sprawdza grunt. Może jutro dowiem się, czy obecność Aldhema ma z tym jakiś związek.

- Myślisz, że może być powiązany z tamtym atakiem? - zapytał Magnus.

- Kto to wie? Dziwne, że pojawił się akurat teraz. Karkarow przepłoszył prawie wszystkie nauczycielki, nie miałby problemu ze znalezieniem tu pracy nawet do kilku lat wstecz. A podobno nigdy nie przejawiał zainteresowania nauczaniem.

- Jakoś mnie to nie dziwi – prychnął Alex. - Nadal niespecjalnie je przejawia.

- No okej, niech będzie – zgodził się Magnus. - Ale co jeśli Aidan rzeczywiście nie będzie chciał, żeby uczył cię Aldhem, i przeniesie cię do Hogwartu za miesiąc? Mniej zachodu i nie potrzeba innego powodu niż zmiana miejsca zamieszkania.

- Wtedy się nie zgodzę.

Przyjaciele spojrzeli na nią wzrokiem zdumionego bazyliszka.

- No co? Program nauczania w Hogwarcie i Durmstrangu znacząco się różni. Nie będę mogła podejść do sumów bez nadrobienia materiału, a to może zająć za dużo czasu. Wolę mój plan.

- I jak się do niego zabierzesz? - Alex kompletnie zapomniał o zimnie. - Hogwart musi wyrazić zgodę, a nie jest tajemnicą, że Dumbledore nie zgodził się od trzynastu lat.

- Alex, a kiedy właściwie tutaj dyrektorem został Karkarow? - zapytała panna Black z wszystkowiedzącym uśmiechem. - Nie mów, że nie pamiętasz. Nie zgadzał się, bo nie chciał sugerować dobrych relacji z Karkarowem.

- No to dlaczego zaprosił go na Turniej?

- Zaprosił Durmstrang, bo Durmstrang zawsze był jego częścią. Ale nie ochronił Karkarowa przed oskarżeniami o śmierć Diggory'ego, ani też w żaden sposób się za nim nie wstawił, prawda? A tymczasem ja jestem córką Syriusza Blacka.

- I siostrzenicą Lucjusza Malfoya – przypomniał Magnus. - Co jest ważniejsze, bo Lucjusz cię wychowywał, a Syriusz... raczej nie miał okazji. No i nie wiemy, czy Dumbledore w ogóle wie, że twój ojciec jest po ich stronie.

- No i tu wkracza mój brat, przebywający aktualnie w Londynie. Dowie się wszystkiego, co jest mi potrzebne. Nie pojadę tam bez odpowiedniej wiedzy.

- Na Odyna, nie mów, że znowu rozmawiamy o nim. - Jeszcze niedawno rozanielona Vespera wyglądała teraz jak rozjuszona Furia. Chłopcy spojrzeli na nią z przestrachem. - Nie pojedziesz tam, żeby się do niego dobrać, słyszysz?

- A może chcę go tylko poznać?

- Nie kłam mi w żywe oczy. Oboje z Draco słyszeliśmy wyraźnie, co wtedy mówiłaś, i wcale się to nam nie podobało.

- To jedź ze mną, żeby mnie pilnować. Najlepiej do spółki z twoim chłopakiem. Przecież nic mu nie zrobię pod nosem Dumbledore'a, prawda?

- Czemu mi to robisz? Wiesz, że o niczym innym nie marzę, niż chodzić do tej samej szkoły co Draco, a teraz się martwię, że wpakujesz się w jakąś grandę.

- Ves, nikt już nie używa słowa „granda”.

- Będę mówiła, jak mi się podoba!

- O czym w ogóle mowa? - chciał wiedzieć Odilion.

- Nie twoja sprawa – burknęła siostra. - Ja wiem i ona wie, to wystarczy.

- A jeżeli obiecam, że będę dla niego miła? - zapytała Viktoria. Vespera spojrzała na nią podejrzliwie. - Nie obiecuję, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi na świecie, nie możesz tego ode mnie wymagać, ale będę miła. W końcu jest kimś w rodzaju mojego przyszywanego kuzyna.

- Coś mi tu nie gra... sądziłem, że chodzi o Zoriana – wtrącił Odilion. - Ale on jest twoim prawdziwym kuzynem.

- Ja myślałem, że chcesz po prostu zobaczyć się z ojcem, ale zbiłyście mnie z tropu – przyznał Alex.

- No dobra... - Viktoria poddała się. - Niech wam będzie. Ves uważa, że chcę jechać, żeby załatwić Pottera.

- A chcesz? - zainteresował się Magnus.

Black mogłaby przysiąc, że nie tylko widzi zaniepokojone spojrzenia przyjaciół, ale też je czuje.

- Myślisz, że dałabym radę?

- Trudno powiedzieć. Ale raczej łatwo by nie było. Według Draco chłopak jest raczej podejrzliwy i uprzedzony do każdego, kto ma związek ze śmierciożercami, więc nie miałabyś łatwego startu. Może nawet nie chciałby z tobą gadać.

- Nie? - zaśmiał się Alex. - Magnus, czy ty się jej kiedykolwiek dobrze przyjrzałeś? Jeśli Potter nie gra w przeciwnej drużynie, sam będzie szukał okazji, żeby z nią pogadać. Ładne dziewczyny tak mają, jak tylko się pojawią w nowym miejscu, wydają się nawet ładniejsze, niż są. A na pewno o wiele bardziej niż te, które widuje się na co dzień. Wystarczy wybrać cel i okazać mu szczególne względy.

- Miło to słyszeć – zawtórowała mu Viktoria. - Ale bardziej mi zależy, żeby Vespera się nie burzyła, więc nie będę utrudniać. I tak pewnie w końcu ktoś go dorwie, nie muszę to być ja.

- Dlaczego miałabym ci wierzyć? - Vespera nadal nie wyglądała na przekonaną.

Przyjaciółka objęła ją za szyję.

- Bo bardziej cię kocham niż jego nie cierpię? No i pomyśl, jeśli będę dobrze żyła z Potterem, może uda mi się w końcu spotkać z ojcem? Pamiętasz, co mówił Draco, może są w kontakcie. Mam szansę poznać jedynego rodzica, który mi pozostał. Nie popsuję tego.

Udobruchana Vespera odwzajemniła uścisk.

- Nie mogłaś tak od razu, ty wredna wiedźmo?

- W żadnym razie. A teraz chodźcie, bo przed jutrem muszę się jeszcze wyspać.

- To trzeba było odłożyć przegląd instrumentów na weekend – zauważył Alex.

- Jasne, bo w weekend w karczmie nie będzie pełno innych ludzi?

- Jakby raz na czas posłuchali, nic by się nie stało.

- Mimo to podziękuję.


Świetlica Durmstrangu mieściła się na drugim piętrze, w obszernej, pełnej małych stolików sali. Nie zamykano jej na noc, ponieważ nie było tam nic wartościowego. Jedyną pokusę stanowił kominek, na którego użytkowanie patrzono jednak z przymrużeniem oka – w razie gdyby uczeń zaginął, zawsze można było go zlokalizować za pomocą Namiaru.

Viktoria cicho zamknęła drzwi i z pomocą zaklęcia rozpaliła ogień na palenisku. Wydobyła z kieszeni mały woreczek z proszkiem Fiuu, wrzuciła garstkę w płomienie i weszła w nie, wypowiedziawszy przedtem adres Aidana. Nigdy nie lubiła wsadzać do kominka samej głowy, na pewno nie na taką odległość, więc kilkanaście minut później wylądowała na twardej, drewnianej podłodze.

- Cześć, Księżniczko.

Podniosła głowę, by uśmiechnąć się do brata. Trochę ją zdziwiło, że nie odpowiedział tym samym, ale wytłumaczyła to sobie ciężkim dniem w pracy i zajęła się sprawami bieżącymi.

- Zawsze mnie ciekawiło, jakim sposobem Fiuu funkcjonuje pomiędzy krajami oddzielonymi morzem – oświadczyła, wstając.

- Tak samo, jak wewnątrz kraju. Teleportuje cię z kominka do kominka, aż trafisz do właściwego. Przecież wszystkie rury świata się z sobą nie łączą.

- I tak uważam, że to strasznie daleko jak na teleportację. Jesteśmy w Londynie?

- W samym centrum. Do ministerstwa mam odległość spacerem.

- Nieźle się urządziłeś – stwierdziła, rozglądając się po pokoju. Był maleńki, z aneksem kuchennym w tym samym pomieszczeniu co łóżko i ściśnięte przy niewielkim stoliku krzesła. Zauważyła jednak, że meble wyglądają porządnie i dziwnie znajomo. - Przywiozłeś własne wyposażenie?

- Po co? Transmutowałem tylko to, które tu mieli.

- Więc jeśli niechcący wypsnie mi się Finite incantatem...

- Wtedy się pogniewamy – oświadczył złowróżbnie, przywołując na usta coś, co mogło być zapowiedzią uśmiechu. - Trzy godziny dobierałem odpowiedni odcień rolet. Nie miałaś problemu z dostaniem się do kominka?

- Przecież wiesz, że pan Wu nigdy do końca nie rozumiał, o co chodzi z ciszą nocną. W życiu by nikogo nie wsypał.

- Jasne. Jakby coś pisz, wytłumaczę cię.

- Czy coś się stało? Chodzi o Aldhema?

- Nie, zupełnie nie. Właściwie nie wiem, od czego zacząć.

- Od Karkarowa? - podpowiedziała. - Wiadomo, dlaczego zniknął?

- Ja wiem, ale ministerstwo jeszcze nie, i szybko się nie dowie. Ani tutejsze, ani nasze.

Siostra spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie po to tu przyjechałeś? Skoro wiesz coś, co może pomóc...

- Problem polega na tym, skąd to wiem. Usiądź, proszę.

Odsunął jej krzesło, a sam usiadł naprzeciwko niej i wziął ją za ręce.

- Dan, to nie tak, że zachowujesz się dziwnie, ale trochę zaczynam się martwić.

- Viktorio, nasz ojciec wrócił.

Mrugnęła kilka razy, wpatrując się w brata.

- Jeżeli to jest żart, to bardzo, bardzo głupi.

- Nigdy nie żartowałbym w tej sprawie.

- Przecież dopiero co mówiłeś, że to niemożliwe!

- Nie miałem racji. Wrócił. Widziałem się z nim.

- O, Merlinie... - Głos Viktorii lekko się załamał. - Kiedy mogę się z nim spotkać?

- Nie dzisiaj. Nie możemy ryzykować, że ktokolwiek dotrze do niego przez twój Namiar.

- Nie spotkam go, dopóki nie skończę siedemnastu lat? - Poczuła, jak wzbiera w niej złość. Zacisnęła palce na dłoniach brata. - To nie fair! Chcę się z nim spotkać... muszę się z nim spotkać!

- Wszystko w swoim czasie, Księżniczko.

- Nie będę czekała prawie dwóch lat! Czekałam całe życie!

- W takim razie kilka miesięcy nie zrobi większej różnicy. Przyjedziesz na święta do Malfoyów, wtedy zorganizujemy spotkanie.

- Jutro przyjadę do Malfoyów. Z samego rana pójdę do Verdandi, powiem, że Lucjusz jest ciężko chory i muszę go odwiedzić.

- I nie będzie to ani trochę podejrzane.

- Nic mnie to nie obchodzi.

- Jesteś pewna? Chcesz narazić całą konspirację?

- Konspirację? - Na chwilę dziewczyna straciła rezon.

- Oczywiście. Wiesz, dlaczego Dumbledore ma na pieńku z ministerstwem? Bo twierdzi, że ojciec wrócił, tylko że ma na to jedynie słowo Pottera, a...

- A co ma do tego Potter?

- Ojciec zażyczył sobie, aby chłopak był częścią rytuału odzyskania ciała. Miał zginąć, ale uciekł i o wszystkim opowiedział. Minister nie uwierzył, przez całe lato kazał prasie dyskredytować i chłopaka, i Dumbledore'a, ale Zakon Feniksa znów działa i...

- Czekaj... jak to przez całe lato? I Draco nic mi o tym nie powiedział?

- Draco nie mógł nic powiedzieć żadnemu z nas – zapewnił auror. - Prawie udało mi się coś z niego wyciągnąć, ale się nie złamał, choć chyba bardzo chciał.

- Podejrzewałeś coś podczas jego wizyty i nie przyszło ci do głowy, żeby się tym ze mną podzielić?

- Obawiałem się, że to ślepy zaułek. Potter miał złą prasę i brał udział w kilku podejrzanych incydentach, że o potencjalnych powikłaniach uderzenia śmiertelnej klątwy prosto w głowę nie wspomnę.

Viktoria wysunęła dłonie z jego uścisku i zakryła nimi usta.

- Na Merlina, popatrz, co ja robię... Zamiast się cieszyć, że wrócił, szukam powodów do kłótni... A przecież już wymyśliłam najlepsze rozwiązanie. Może podświadomie wiedziałam, że właśnie do tego będzie potrzebne.

- O czym mówisz?

- O przeniesieniu do Hogwartu. - Dziewczyna wyraźnie się uspokoiła, wkraczając na obszar, nad którym miała więcej kontroli. - To znaczy, o wymianie. Ale teraz będę musiała już zostać na dobre.

Aidan uśmiechnął się lekko.

- Też mi to przyszło do głowy. Ale nie będzie łatwo.

- Wiem, jestem siostrzenicą śmierciożercy.

- Tak, a ja pracuję w ministerstwie i mogą mnie posądzić o bycie szpiegiem. Wybadam, ile o nas wiedzą, do grudnia powinienem mieć wystarczająco dużo danych. Do tego czasu uważaj, co i komu mówisz. Nic poza tym, co konieczne, nic ważnego w listach. Tego, co naprawdę istotne, nie dowiedzą się nawet od ojca. A właśnie... - spojrzał na nią z troską. - To pewnie będzie dla ciebie trudne, ale przez Fideliusa on nie może cię nazwać swoją córką, tak samo jak ty jego ojcem.

- Przecież zawsze tak o nim mówiłam – zdziwiła się dziewczyna.

- Bez użycia jego imienia. Nikt by się nie zorientował, że chodzi o niego, słuchając tylko twoich wypowiedzi, zaklęcie to gwarantuje. Ja to co innego, ale sama wiesz...

- Nieważne. - Viktoria niecierpliwie machnęła ręką. - Może pewnego dnia to zaklęcie nie będzie już potrzebne. Nie ma co się tym martwić na zapas.

- Hej. - Aidan pochylił się w jej stronę. - Ale ty zdajesz sobie sprawę, co oznacza jego powrót, prawda? Będzie wojna, właściwie już jest, a to nigdy nie są dobre wieści.

- Myślisz, że nie wiem? Ale tym razem wygramy.

- Nadal nie rozumiesz. Nie wygramy, bo jesteśmy po niewłaściwej stronie i nie mamy w tej sprawie za wiele do powiedzenia. Nie ty i ja. Jasne, że on może wygrać – ale nie chcę nawet myśleć, jakim kosztem. I będziemy musieli z tym żyć.

- Dan. - Siostra spojrzała mu w oczy. - Nie od wczoraj wiemy, kim jest nasz ojciec. Nie zmienimy tego. Ale możemy zminimalizować szkody, a z dala od niego nic nie zdziałamy. Dajmy mu szansę, przecież jesteśmy jego jedynymi krewnymi. Na pewno coś możemy zrobić.

Aidan nieco się zdziwił podobnie dojrzałym podejściem do sprawy, w której siostra zawsze miała tendencję do wybielania lub przemilczania niewygodnych szczegółów. Może zbyt pochopnie ją ocenił...

- Kto wie... Jedno jest pewne, od tej pory musimy być ekstremalnie czujni. Nie ma miejsca na pomyłki.

- Żadnych pomyłek – zgodziła się.

- Ufasz mi, Księżniczko?

- Ufam tylko tobie.

- W takim razie pora spać. Odezwę się niedługo.

- A co z Aldhemem?

- Co z nim?

- Dziwny jest. Pytał mnie, czy pochodzę z Anglii. I wyszukał informacje na temat całej klasy.

- Pewnie chciał się popisać. Zawsze miał niezłą pamięć.

- Chyba niespecjalnie ciekawi go ta praca, a twierdzi, że we Włoszech też był nauczycielem.

- Nie każdy lubi swoją pracę, ale czasami nie ma się wyboru. Postanowili z Hedrą wrócić do domu, więc musiał się czymś zająć.

- A ona co robi?

- Nie wiem, czy w ogóle cokolwiek. Jakoś niespecjalnie się interesowałem ostatnimi czasy.

- Przepraszam, po prostu mnie to martwi. Nie lubię tego Aldhema.

- Nie będę cię przekonywał do zmiany zdania, ale zwróć uwagę, że chwilę temu zdecydowałaś się zaufać, że samemu Voldemortowi da się coś przetłumaczyć. Nic ci tu nie zgrzyta?

- To co innego.

- Mam poważne powody by podejrzewać, że Tidal aż tak ludzkości nie podpadł.

- Podpadł tobie.

- Dziękuję. Radzę sobie z nietrafionymi wyborami, jakich w życiu dokonałem. Kto wie, może czegoś jednak się od niego nauczysz.

- Wypraszam sobie. Zamierzam doprowadzić go do odejścia.

- Wykończysz mnie kiedyś.

- Ciebie nie, ale jego bardzo chętnie. Poczekaj tylko.

- Dziedziczenie morderczych skłonności po rodzicach to jednak straszna rzecz.

- Żeby tylko tego.

niedziela, 3 lutego 2019

Rozdział czternasty: Konieczne ryzyko


Witam równiutko po roku. Sporo się u mnie działo, co widać po braku wpisów, ale jestem, walczę, nie odpuszczam. Wszystkie niuchacze świata mogą mnie rozpraszać, a i tak będę pisała.

Kiedyś muszę przestać pisać o początku września 1995, prawda?

***

Mówią, że kto rano wstaje, ten hałasuje, trzaska drzwiami i nie daje spać innym. Mniej więcej taka sytuacja miała miejsce następnego poranka w internacie Durmstrangu, a konkretnie w sypialni trzech siódmoklasistów. Sprawca zamieszania musiał zerwać się wyjątkowo wcześnie, i pragnął jak najszybciej poinformować swoich dwóch najlepszych przyjaciół, że dotarł wreszcie do szkoły.
Nie udało mu się jednak wytłumaczyć wystarczająco szybko, w efekcie czego zwisał teraz głową w dół z okna, mając przed oczami przepaść, niknącą w cieniu rzucanym przez skalne ściany.
- Lew, to przestaje być śmieszne! - protestował Alex głosem zdradzającym coraz większą panikę. - Wciągnij mnie w tej chwili!
- No nie wiem... - Odilion przesunął dłoń, poprawiając uścisk na nodze przyjaciela. - Chyba nie dam rady.
- Co masz na myśli przez: „nie dam rady”?!
- Nie do końca to przemyślałem. Rozumiesz, człowiek wyrwany ze snu nie myśli racjonalnie tak od razu. Potrzebuję chwili na ocenę sytuacji, i przewidzenie konsekwencji, a wiesz jak to jest na pół śpiąco...
- Dobra, zrozumiałem! Więcej cię nie obudzę znienacka! Obiecuję!
- Wszystko pięknie, tylko że dalej nie dam rady cię wciągnąć. I coraz mocniej zaczynają mnie boleć ramiona. Strasznie jesteś ciężki, chyba pora na jakąś dietę.
- No to zawołaj Magnusa!
- Magnus poszedł umyć zęby. Swoją drogą, jest w paskudnym nastroju. Chyba nie spodobały mu się twoje wrzaski.
- Na kozły Thora, czego jeszcze chcesz?
- Hm, będzie tego... Chciałbym, żeby zima się opóźniła, żeby nasze pokoje były koedukacyjne, żeby miotła nie piła we wrażliwe miejsca... Nie pogardziłbym też porządną jajecznicą na śniadanie. Z boczusiem.
- Rzucę ci na miotłę zaklęcie poduszkujące.
- Dobra.
Odilion sięgnął w dół, chwycił Aleksa za bluzę i pociągnął w swoją stronę. Chwilę później niefortunny dowcipniś siedział na parapecie, mocno wbijając w niego palce. Podniósłszy wzrok, zobaczył Magnusa, który opierał się o futrynę drzwi łazienkowych, beznamiętnie szczotkując zęby.
- Serio? - nie dowierzał Mannerheim. - Sądziłem, że przynajmniej stoisz za nim i napawasz się cudzym nieszczęściem.
- Nie mogę patrzeć, jak ktoś dokucza moim kumplom.
- Mogłeś w takim razie stanąć w mojej obronie.
Magnus wycelował w niego szczoteczkę.
- Ty zacząłeś, więc nie próbuj się migać od konsekwencji. Nie marudź, tylko wytłumacz nam, dlaczego nie dotarłeś na statek.
Mina Aleksa zrzedła. Spuścił wzrok.
- Dobra. Tata źle się poczuł, musiałem go zabrać do szpitala.
- Ale to nic poważnego? - zmartwił się Odilion. Zupełnie stracił ochotę do żartów.
- Raczej nie. Ale nie wyglądało najlepiej, więc wolałem...
- Jasne. - Magnus nie pozwolił mu dokończyć. Świetnie rozumiał, że tego rodzaju sytuacja nie mogła nie otworzyć wciąż świeżej rany powstałej po utracie matki. - Został pod opieką uzdrowicieli?
- Tak. Na szczęście ciotka była na dyżurze, zajęła się wszystkim, ale nie mogłem wyjechać z miasta bez pewności, że zagrożenie minęło...
- Normalna sprawa. Miałeś okazję się zdrzemnąć? Wytłumaczymy cię.
- Nie trzeba, przespałem kilka godzin, zanim ciotka wysłała mnie kominkiem do gabinetu mistrza Adlera.
- No to ruchy, bo spóźnimy się na śniadanie.

Pierwsze zajęcia z zaklęć przewidziano dla klasy Viktorii dopiero we wtorek, a do tego czasu szkołę obiegło mnóstwo plotek na temat nowego nauczyciela. Według Aleksa większość była wyssana z palca.
- Sądzisz, że tak po prostu powiedział grupie rozchichotanych nastolatek, że nosi bieliznę od Gladraga?
- Nie – stwierdziła Vespera. - Sądzę, że go podglądały.
- Chyba żartujesz. - Mannerheim nieco się zaniepokoił. Rozejrzał się po refektarzu, po czym ściszył głos i nachylił się przez stół do przyjaciółki. - Gdzie?
- Podobno w łazience nauczycieli.
- Nie ma tam żadnych zabezpieczeń?
- Skąd mam wiedzieć? - wzruszyła ramionami szatynka. - Tak tylko słyszałam.
- A mówią, że to faceci nie mogą nad sobą zapanować... Ludzie, jakby wokół nie było atrakcyjnych, znacznie młodszych chłopaków...
- Sporo dziewczyn gustuje w starszych – wtrącił Odilion. - Nawet dwa lata potrafią zrobić różnicę.
- W twoim przypadku to raczej niewiele zmienia – docięła mu siostra. - Ale w jego już tak. Jest tylko siedem lat starszy od uczennic ostatnich klas, więc mieści się w granicach przyzwoitej różnicy wieku.
- Chyba na styk – mruknął Alex.
- Blisko. Za parę lat taki odstęp będzie mało widoczny.
- To i tak bez znaczenia – zauważył Odilion – bo on ma już przecież żonę.
- My to wiemy, ale większość szkoły nie. Nauczyciel nie ma obowiązku dzielić się z uczniami swoim życiem prywatnym, a nawet gdyby tak zrobił, to każdy mebel można przesunąć.
- No wiesz co! - oburzył się von Sternberg. - Zdajesz sobie sprawę, że jeśli mężczyzna da się w ten sposób omotać, to równie dobrze za jakiś czas ulegnie jakiejś kolejnej dziewczynie?
- Oczywiście. Ale kto mówi, że rozmawiamy o prawdziwym mężczyźnie? Ja bym go nazwała nieco inaczej.
- Ale stawiasz wszystkich innych razem z nim w szeregu sugerując, że każdego można zmanipulować i skłonić do porzucenia obecnej ukochanej.
- Staram się tylko przybliżyć ci sposób myślenia niektórych dziewczyn.
- Nie twój, mam nadzieję?
- Właśnie... - Alex nie mógł sobie darować drobnej uszczypliwości. - Gdyby okazało się, że Draco przez ten cały czas miał w Anglii dziewczynę, to co byś zrobiła?
- Gdybym dowiedziała się teraz czy w lipcu?
- Powiedzmy, że w lipcu.
- Olałabym go, dopóki by z nią nie zerwał.
- A teraz?
- Prawdopodobnie byłyby trupy.
Alex i Odilion wpatrywali się w nią z minami tak strapionymi, że chcąc nie chcąc musiała się roześmiać.
- Szkoda, że siebie nie widzicie. - Pokręciła głową, wciąż nie mogąc się opanować. Spojrzała na Viktorię, która od dłuższego czasu nie uczestniczyła w rozmowie. Więcej, uświadomiła sobie Vespera, chyba zupełnie się nie odzywała od śniadania, które zjedli kilka godzin wcześniej. - Martwisz się zaklęciami? - zwróciła się do przyjaciółki.
- Nie – odparła Black. W zamyśleniu odrywała małe kawałki naleśnika i wkładała je do ust. - Staram się o nich nie myśleć.
- Ale chyba kiepsko ci idzie... - zauważył Odilion.
- Oczywiście. Zwłaszcza, gdy jedynym tematem w szkole najwyraźniej jest on.
- Przepraszam, już nie będziemy – obiecała Vespera. - Poza tym na pewno niedługo znajdzie się ciekawszy temat plotek.
- Oby. Wystarczy, że muszę chodzić na jego zajęcia.
Właśnie tę chwilę wybrał sobie Magnus, by się do nich przyłączyć.
- A ty gdzie byłeś? - zdziwiła się Vespera.
- Wolałbym nie wdawać się w szczegóły. - Blondyn zajął wolne miejsce na ławce i przysunął sobie pieczywo. - Alex, czego chciałeś od Eleny?
- Słucham? - odparł zagadnięty, unikając jego wzroku.
- Nie próbuj ściemniać. To dla niej bardzo ważny rok, jak się dowiem, że zawracasz jej głowę bzdurami i odciągasz od nauki...
- Daj spokój, chciałem tylko o coś zapytać. Nie można już rozmawiać z gospodynią szkoły?
- Rozmawiaj z Carlem albo Natalią, jeśli chcesz coś od gospodarzy. Elena chce w przyszłym roku wyjechać na wymianę do Castelobruxo, nie uda jej się, jeśli ktoś będzie jej przeszkadzał.
- Nie no, ależ ty jesteś przewrażliwiony... Mamy pierwszy tydzień września! Ani mi w głowie udawać, że jej nie znam, bo ty tak mówisz. Poza tym to mądra dziewczyna, na pewno sobie świetnie poradzi.
Vespera przewróciła oczami. Dobrze wiedziała, że kuzynka Magnusa robi maślane oczy do Aleksa, a z tego, co zdążyła zaobserwować, niezupełnie bez wzajemności. Najwyraźniej Mortensen też nie był ślepy, ale w ogóle się z nim nie zgadzała.
- Magnus, wiesz, że jak będziesz naciskał, to on zrobi dokładnie na odwrót? - zagaiła złudnie niewinnym tonem.
- Wcale nie – oburzył się Alex. - Nie przeszkadzałbym Elenie, żeby dokuczyć temu palantowi. Za kogo mnie uważasz?
- Moja opinia ma raczej mało istotne znaczenie – mruknęła do niego panna von Sternberg, po czym dała mu pstryczka w udo tak, żeby Magnus nie widział. - Mógłbyś podać mi dżem?
Alex zachichotał, gdy dotarł do niego jej mały podstęp. Jasnowłosy przyjaciel pewnie też go zrozumiał, i może dlatego porzucił temat.
Vespera pomyślała, że powinna zostać zawodową swatką. Obserwując brata i przyjaciółkę, którzy aktualnie debatowali nad różnicami we właściwościach krwi smoka i krwi chimery, zastanawiała się, który sposób będzie tu najwłaściwszy. Nie było żadną tajemnicą, że jej brat wielbi ziemię, po której stąpa Viktoria, ale nie będzie na nią czekał wiecznie. A ona mogła się zasłaniać kontraktowym narzeczonym, tylko dlaczego w takim razie pozwalała Odilionowi na jego zachowanie?
Za długo już odkładała zajęcie się tą sprawą, licząc na naturalne rozwinięcie się sytuacji, ale dość tego. Za dziesięć miesięcy Odilion skończy szkołę i wyruszy z chłopakami na swoją wielką wyprawę, nie ma więc czasu do stracenia. Nie pozwoli mu opuścić kraju bez nadziei.
- Wyjaśnisz mi, dlaczego się tak podejrzanie uśmiechasz? - zagadnął ją Magnus.
- Nie – odparła, opierając podbródek na zgiętej dłoni. - Ale zobaczysz tego efekty.

Pracownia zaklęć była zdecydowanie najprzyjemniejszą salą w Durmstrangu. Mieściła się na szczycie zamkowej baszty, wyposażono ją w ogromne, zwieńczone łukami okna, a widok za nimi mógłby służyć miłośnikom pejzaży za niewyczerpaną inspirację. Mistrzyni Verdandi zajęła ją siedemnaście lat wcześniej, gdy jej poprzednie miejsce pracy padło ofiarą wybuchu w położonej poniżej klasie alchemii (później nikomu jakoś nie przyszło do głowy, by zagospodarować feralne pomieszczenie). Nowa pracownia odzwierciedlała metody pracy nauczycielki – staromodne ławki ustawiono w podkowę, wnętrze było jasne i przestronne, a ściany zupełnie puste. Pod oknami, w miejscu wolnym od stolików uczniów, stało biurko Verdandi, przy którym można ją było znaleźć głównie poza zajęciami, ponieważ w ich trakcie wędrowała po klasie, obserwując postępy uczniów i udzielając wskazówek. Czasami pół lekcji poświęcała na rozmowę o jakimś problemie, który jej wychowankowie napotkali w trakcie pisania referatów, innym razem opowiadała o mało znanych bądź rzadko używanych zaklęciach, i choć zwykle ich nie uczyła, ponieważ nie należały do obowiązkowego programu, to zawsze zachęcała do samodzielnych studiów, podając tytuły odpowiednich pozycji literackich. Doskonale wiedziała, że zaklęcia mają najwyższy procent zdawalności w szkole, a jej sposób nauczania gwarantował przerobienie rocznego materiału w czasie krótszym niż wymagało ministerstwo, miała więc mnóstwo okazji, by przekazać dodatkową wiedzę każdemu, kto był skłonny ją przyjąć, bez nacisku na tych, którzy potrzebowali skupić się na innych dziedzinach. Nigdy też nie twierdziła, że jej przedmiot jest najważniejszy ze wszystkich, ale uczniowie robili to za nią. Z tym większym niepokojem podchodzili do nowego nauczyciela, którego metody mogły być zupełnie inne.
Szesnastoosobowa klasa piąta (wydzielona z większej grupy rówieśników) niespiesznie zajęła swoje miejsca we wtorkowe popołudnie, rozłożyła książki i różdżki na blatach, po czym zaczęła intensywnie szeptać. Gdy nowy nauczyciel wszedł do sali, zamykając za sobą drzwi, nagle zapadła taka cisza, że można by usłyszeć śmierciotulę, gdyby akurat jakaś się tu zaplątała.
Mężczyzna podszedł do biurka, stanął przed nim i oparł dłonie na biodrach.
- Cześć. Jestem Tidal Aldhem, i najwyraźniej mam was uczyć zaklęć. Naturalnie to tylko taki eufemizm, bo z tym przedmiotem mało kto ma kłopoty, więc jestem pewien, że świetnie się dogadamy.
- Świetnie to się zapowiada – mruknęła Viktoria, z całej siły powstrzymując się od wywrócenia oczami. Nie przegapiła jednak okazji, by przyjrzeć się nowemu nauczycielowi. Sięgające do ramion ciemnozielone włosy zrobiły mniejsze wrażenie, niż mógł się spodziewać (w dziewięćdziesiątym trzecim roku na wymianę do Durmstrangu przyjechało pięciu uczniów Mahoutokoro, których barwne fryzury zapoczątkowały nową modę; Odilion był jednym z pierwszych, którzy się jej poddali). Jego twarz dobrze znała. Aidan nie był na tyle małostkowy, by niszczyć szkolne pamiątki, więc widziała ją na zdjęciach i zapisała trwale w pamięci. Tę jego zdzirę też.
- Muszę przyznać, że miło jest pracować w tak małej grupie. W mojej poprzedniej szkole we Włoszech nie dało się stworzyć nawet dwóch klas na żadnym roku, w związku z czym liczyły po więcej niż dwadzieścia osób.
- Przepraszam... - Vespera podniosła rękę.
- Tak?
- Z dwudziestu osób da się zrobić dwie klasy. W Hogwarcie bywają takie z dziesięciorgiem uczniów.
- Hogwart ma siedem rozległych pięter i nauczycieli przypisanych do pojedynczych przedmiotów. Mniej słynne szkoły muszą się obejść bez podobnych udogodnień. Tak czy inaczej, zaczniemy może od listy... - Obszedł biurko i wziął do ręki pergamin. - Chciałbym przynajmniej pobieżnie przypisać imię do twarzy, postaram się was za bardzo nie mylić. Pewnie część z was jest spokrewniona z moimi szkolnymi kolegami. Kogo tu mamy... Viktoria Black.
Angielka niechętnie uniosła dłoń.
- Obecna.
- Fantastycznie. Nie chcę być niedyskretny... ale czy jesteś może spokrewniona z brytyjską rodziną Blacków?
- Owszem.
- Jest córką Syriusza Blacka – oświadczył Sigurd Forsberg, za co Viktoria miała ochotę go udusić.
- Naprawdę? Przyznam, że to skojarzenie nie przyszło mi do głowy. Dobrze, dalej... - zerknął na listę i uśmiechnął się. - Eryk Brolin Czwarty.
- To ja – odezwał się wywołany, szczupły rudowłosy chłopak z jasnoniebieskimi oczami.
- Jak się miewa twoja ciotka, Izolda? Od paru miesięcy nic o niej nie słychać...
- Ma się świetnie, tylko jej duma ucierpiała po incydencie w Egipcie. Obawiamy się, że niedługo zaszczyci nas nową częścią swojego pamiętnika.
- Zawsze oryginalnie ujmowała swoje myśli, trzeba jej to przyznać. Pozdrów ją ode mnie, jeśli będziesz miał okazję. Kto następny... Bryndis Einarsdottir.
Wydawało się to niemal nieprawdopodobne, ale Aldhem był w stanie zapytać każdą osobę w klasie o jakiegoś krewnego – czasem sławną postać bądź nauczyciela Durmstrangu, a niekiedy po prostu o rodzeństwo. Tak było z Vesperą, ponieważ zarówno Odilion jak i Konrad mieli pierwszą lekcję zaklęć przed nią. Za każdym razem o coś pytał, wykazując zainteresowanie, a nawet pewną wiedzę na temat rodzin uczniów.
Ten przydługi wstęp zajął sporo czasu, po czym Aldhem zrobił im powtórkę materiału z ubiegłych lat. Ponieważ w przeciwieństwie do Verdandi nie wiedział, kto sobie uprzednio nie radził, każdy musiał zaprezentować cały szereg zaklęć, co było dość nudne. Kiedy w końcu ustalił, że nic nie trzeba powtarzać, zadał im rozdziały do przeczytania i wypuścił dziesięć minut przed końcem lekcji.
- I co powiesz? - szepnęła Vespera, gdy na korytarzu przepuściły najwyraźniej spieszącą się Katerinę.
- Moment – mruknęła panna Black. - Hej, Sigurd!
Chłopak, który właśnie miał je wyminąć, zwolnił i zwrócił się do niej z uśmiechem na nieco pulchnej twarzy.
- Tak?
Viktoria objęła go ramieniem, nakłaniając do dotrzymania jej tempa. Vespera w milczeniu podążała za nimi.
- Kochany, jak długo my się znamy?
- No wiesz! - zaśmiał się. - Przecież jeszcze sprzed szkoły. Na tamtych wyścigach, kiedy Anahita poznała Aymera... - Zająknął się, bo przypomniał sobie, że początek jego znajomości z Viktorią nie był zbyt fortunny. Z jakiegoś powodu, którego dziś już nie pamiętał, nazwał spotkaną na festiwalu niewysoką dziewczynkę chochlikiem... i skończył z niebieską skórą. Tak się bowiem złożyło, że panna Black znała wówczas jedynie chochliki kornwalijskie, i bardzo lubiła zmieniać przedmiotom ich barwę. Skończyło się na zawarciu pokoju w obecności rozbawionego ojca Sigurda, jego kuzynki Anahity, Aidana oraz Aymera i Bastiena. W efekcie tego przypadkowego zdarzenia kilka lat później doszło do zawarcia małżeństwa państwa Coudenhove, natomiast Viktoria co roku na urodziny otrzymywała bukiet niebieskich róż. Nie pogardziła też faktem, że dzięki Sigurdowi o wiele szybciej zaadaptowała się w szkole.
Jednak jakakolwiek żywiona do niego sympatia nie usprawiedliwiała zbyt długiego języka.
- W takim razie na pewno wiesz, jak bardzo nie lubię opowiadać obcym o mojej rodzinie? Zwłaszcza o ojcu?
- Na Odyna, przepraszam! - Raptownie się zatrzymał i złapał ją za rękę. - Wypsnęło mi się... naprawdę nie miałem nic złego na myśli... Wierzysz mi, prawda?
- Oczywiście – uspokoiła go. - Po prostu chciałabym, żeby to się więcej nie powtórzyło. Mogę ci zaufać?
- Zawsze! Tylko powiedz, że się na mnie nie gniewasz, bo z twoimi obecnymi umiejętnościami pewnie nie zmyłbym z siebie zaklęcia do końca świata...
- Już w porządku. Ale jesteś zbyt beztroski w stosunku do nieznajomych, musisz na siebie uważać...
- No ale to nauczyciel! A jego ojciec uczył się z moim w szkole.
Viktoria rozejrzała się ostrożnie, by upewnić się, że korytarz jest pusty, i pokazała mu gestem, by się przysunął.
- A skąd mamy wiedzieć, z kim i gdzie przebywał, zanim zgłosił się na to stanowisko? Wiesz, że mój ojciec nie ma żadnych krewnych o tym samym nazwisku? Nie ma już „brytyjskiej rodziny Blacków”, więc dlaczego o niej wspomniał? I czy to normalne, prześwietlić życiorysy wszystkich swoich uczniów? Jesteśmy małą społecznością, ale nie aż tak, by wszyscy się jakimś cudem znali osobiście. Coś tu jest nie tak, Sig.
- Dlaczego ja na to nie wpadłem? - Chłopak uderzył się w dłonią w czoło. - Teraz to takie oczywiste...
- Bo jesteś zbyt ufny. I to słodkie, ale zupełnie niepraktyczne. Nie możemy liczyć, że wszyscy będą wobec nas w porządku.
- Zapamiętam. Dziękuję, Tori.
- Uważaj na siebie.
Sigurd ruszył w swoją stronę, a Vespera, która dyskretnie pilnowała, by nikt ich nie podsłuchał, przysunęła się do przyjaciółki.
- Robisz mu wodę z mózgu.
- Dbam tylko o własną skórę. I jego przy okazji też. Nan mówi, że całe życie go będą wykorzystywać, jeśli nie zacznie patrzeć krytycznie na ludzi, i ja się z nią zgadzam.
- A skoro masz sposoby i środki, które jej są niedostępne...
- I to mówi osoba, która zbałamuciła mi kuzyna! Cały jego ostatni list był o tobie, słowem się nie zająknął na żaden inny temat.
- Daj przeczytać.
- Nie mogę, bo zadał mi kilka niedyskretnych pytań. Jak będziesz niedobra, to mu na nie odpowiem.
- Ośmielasz się mnie szantażować, wykorzystując do tego uczucia dwojga niewinnych nastolatków?
- Niewinnych? A co wyprawialiście w moje urodziny? Kiedy was znaleźliśmy, miałam wątpliwości, która kończyna jest czyja.
- Do dziś jestem na was o to zła.
- Koniec końców i tak wyszło ci na zdrowie, bo minął prawie miesiąc, on dalej szaleje na twoim punkcie, a ciotka Narcyza chce poznać twoich rodziców. Wygląda na to, że już się umówili.
- Żartujesz sobie? I mówisz mi o tym dopiero teraz?
- Jakoś nie było okazji.
- Chcę wszystko wiedzieć, już!
- Ale jesteśmy umówione z chłopakami...
- Mogą zaczekać, ja nie! - oświadczyła, po czym zaciągnęła przyjaciółkę do najbliższej łazienki.

Kingsley Shacklebolt miał kiepski dzień – i to od pierwszego września. Prasa domagała się stanowiska aurora prowadzącego, żądny sukcesu minister opowiadał się po ich stronie, a Dumbledore nalegał, by opóźniać, póki się da. No cóż, długo to raczej nie potrwa, mając taką sprawę nie można zbyt długo ignorować tropu – przecież chodzi o najzacieklejszego zwolennika upadłego reżimu. Kingsley zupełnie szczerze starał się postawić w skórze tych, którzy w przeciwieństwie do niego nie wiedzieli, jak to w rzeczywistości było, ale niespecjalnie mu to ułatwiali, zwłaszcza w dni takie jak dziś.
I jeszcze Syriusz. Naprawdę mu nie zazdrościł – nie miał chłopak lekko, niemniej jednak mógłby czasem odpuścić działanie pod wpływem chwili, i zastanowić się, jak jego decyzje oddziałują na otoczenie. Gdyby łaskawie pożegnał się z Harrym w domu, zamiast na dworcu, cała sprawa nie miałaby miejsca. Z drugiej strony, Dumbledore też nie był bez winy. Istniały przecież takie rzeczy jak eliksir wielosokowy czy zaklęcia kamuflujące, a Syriusz rwał się do jakiegoś zajęcia. Historia z dworcem była najlepszym przykładem, że jeśli go czymś nie zajmą, zacznie działać na własną rękę – niekoniecznie tak, jakby sobie tego życzyli. Kingsley cenił inicjatywę i odwagę, za to bardzo nie lubił marnotrawstwa, a trzymanie w zamknięciu faceta, który mógł i chciał pomóc, było zwyczajnie bez sensu. Już Kingsleya w tym głowa, by zamydlić ministerstwu oczy. Należał do Zakonu Feniksa zaledwie od paru miesięcy, większości tych ludzi nie znał wcześniej osobiście, ale ufał Alastorowi i jak dotąd się nie zawiódł. Dumbledore to inna sprawa. Trzeba było mieszkać pod skałą, żeby nie słyszeć o Albusie Dumbledore, ale dociekliwy aurorski umysł dostrzegał pewne rysy na obrazku dobrodusznego staruszka. O zwycięstwie nad Grindelwaldem wiedzieli wszyscy – i wszyscy też zapominali, że obecny dyrektor Hogwartu, już wówczas stawiany wśród najznamienitszych czarodziejów swoich czasów, pozwolił czarnoksiężnikowi otwarcie działać przez prawie dwadzieścia lat, zanim stanął z nim do pojedynku. Z Voldemortem nawet się nie spotkał w otwartej walce, choć tu prawdopodobnie odpowiedzialność leżała po stronie przeciwnej – w końcu wiadomo, kto się kogo bał, wobec czego unikał starcia. Ale to, co się działo na Grimmauld Place 12 mogło skutecznie zasiać wątpliwości odnośnie dobrej woli Dumbledore'a wobec człowieka, który był wobec niego lojalny podczas pierwszej wojny, jeszcze jako młody chłopak. W dodatku sam dyrektor przekonał go o niewinności Blacka, dlaczego więc ufał bardziej nawróconemu śmierciożercy? Dziecinne sprzeczki Syriusza ze Snapem stanowiły dość zabawne epizody podczas narad wojennych, nie dało się jednak nie zauważyć, że coś tu zgrzyta. Może Kingsley był naiwny, ale mając do wyboru kogoś, kto całe życie stał po właściwej stronie, i kogoś, kto niedawno się na nią nawrócił (przy okazji terroryzując małoletnich w szkole, na co skarżyli się Shackleboltowi jego siostrzeńcy), większe zaufanie miałby do pierwszego z nich. Oczywiście, na pewno były jakieś powody – nie można też skreślać Snape'a tylko dlatego, że kiedyś dokonał wyjątkowo złej decyzji, a jeśli przyjął i wykorzystał szansę na poprawę, widocznie na nią zasługiwał – trudno jednak je przyjąć na wiarę.
Ktoś zapukał w ściankę jego boksu. Uniósł głowę znad dokumentów, by zobaczyć przed sobą Hektora Carmichaela, kolegę po fachu.
Istnieli tacy czarodzieje, którzy sądzili, że im mniej pokiereszowany jest auror, tym mniej należy się go obawiać, bo zapewne w niewielu poważnych starciach brał udział. Były to zwykle osoby z pokolenia dobrze pamiętającego wojnę, którym za przykład służył Szalonooki Moody. Kariera Carmichaela rozkwitła krótko po upadku Voldemorta częściowo dlatego, że było to wówczas bardzo popularne myślenie. Poszarpana blizna przecinająca mu twarz od czoła aż po policzek stale przypominała jego przełożonym, że w pojedynkę wykończył starego Mulcibera, wyjątkowo zaciekłego drania. Do dziś zresztą spoglądanie na tę szramę wywoływało w młodszych pracownikach pewien niepokój... i powodowało oddelegowanie do wyjątkowo upierdliwych zajęć, jeśli gapili się zbyt długo.
- Widziałeś szefa? - zapytał przybyły, opierając się leniwie o ściankę.
- Wyglądam jak jego asystent?
- Za mało jesteś naburmuszony. Daj coś do pisania.
Shacklebolt bez słowa podsunął mu kałamarz z piórem. Drugi auror naskrobał podpis na dokumencie, używając jako podkładki biurka kolegi.
- Dzięki.
- Przyjąłeś wolontariusza? - zdumiał się Kingsley, rozpoznając formularz trzymany przez Hektora.
- Niezupełnie. Szwecja chce wiedzieć, co robimy w sprawie Karkarowa, więc przysyłają mi obserwatora. Sami będą mu płacić, ale nie będzie łaził samopas, zwłaszcza przy obecnych nastrojach. Dość mamy własnych kłopotów.
- Szwecja zajmuje się Karkarowem?
- Nie sugeruj się. Cała Skandynawia chroni tajemnicę położenia Durmstrangu, jakby zależało od tego ich życie. Pewnie akurat oni mają odpowiedni departament. Albo ktoś od nich lubi się z nowym kierownictwem.
- Raczej nie lubi. Po odnalezieniu Karkarow będzie pewnie chciał wrócić na dawne stanowisko.
- Gdyby tak było, właśnie tam by uciekł.
- Skąd wiemy, że tak nie jest?
- Nie wiemy. Nie zgodziłem się na wymazanie pamięci po wizycie w Durmstrangu, więc nie pozwolili mi na nią. Rozmawiałem z wicedyrektorem na neutralnym gruncie, ale wiesz jak to jest.
- Ten obserwator ma być próbą załagodzenia sytuacji czy wręcz przeciwnie?
- Cholera ich wie. Byle się do czegoś przydał, zamiast wchodzić w drogę.
- Kiedy przyjeżdża?
- Scrimgeour chce, żeby był tu jutro rano. Zupełnie mi to nie na rękę, będę wolny dopiero po południu, a nie zostawię go, żeby się szwendał po ministerstwie...
- Młoda może się nim zająć. O ile wiem, nie ma nic pilnego do roboty.
Hektor podrapał się po dwudniowym zaroście.
- A wiesz, że to niegłupia myśl? Jak wrócę, będę mógł od razu dać mu zajęcie bez zbędnych wstępów.
- Powodzenia. - Kingsley wrócił do swoich papierów, sprawiając wrażenie, że uważa temat za zamknięty. Tymczasem nadal analizował możliwości. W końcu co komu zaszkodzi, by Tonks wybadała nowy nabytek? Skorzysta i Zakon, i Carmichael, a młoda aurorka wzbudzi mniejsze podejrzenia, niż ktokolwiek inny. Co mogłoby pójść nie tak?

- Nawet sobie nie wyobrażasz – uśmiechnął się Aidan.
Trzeba uczciwie przyznać państwu Malfoyom, że dołożyli wszelkich starań, by nie okazać niepokoju w jego obecności. Kiedy widzieli go ostatnio, przyniósł wielką zmianę w ich życiu, odbierając im dziecko, które pokochali jak własne. Nie dał sobie wytłumaczyć, że przecież jest jeszcze bardzo młody (Narcyza użyła wówczas wszelkich znanych sobie kurtuazyjnych sztuczek, by go nie obrazić; w końcu z tą rodziną nigdy nic nie wiadomo), że brak obecności matki i ojca, choćby symbolicznych, może Viktorii raczej zaszkodzić, niż pomóc, podobnie jak takie drastyczne zmiany w życiu. Przecież nawet zaoferowali, by się do nich wprowadził. Okazał się jednak dobrze przygotowany – miał odpowiedź na każde pytanie, szczegółowo zaplanowane procedury bezpieczeństwa, a sposobem, w jaki dobierał słowa, modulował głos i świdrował ich wzrokiem tak niesamowicie imitował Czarnego Pana, że w pewnym momencie po prostu się poddali.
- Ja nie jestem zaskoczona – oświadczyła Narcyza. Doskonale opanowana, podejmowała gościa w swoim ulubionym salonie o fioletowych ścianach i słuchała pochwał na temat syna. Popołudniowa herbatka nie mogła jej smakować bardziej. - Draco wielokrotnie miał okazję widzieć, jakie rzeczy uspokajają Viktorię. To zupełnie naturalne, że umiał do niej dotrzeć.
- Nocne koszmary to jednak coś innego niż tego typu zagrożenie. - Lucjusza trudniej było przekonać o doskonałości Dracona. Kochał syna, ale w przeciwieństwie do żony nie był ślepy na jego wady – za to na swój w nich udział już tak. - Sądziłem, że to bezpieczne miejsce.
- I tak jest. Pojedynczy incydent, zresztą zażegnany, nim ktokolwiek ucierpiał, to jedynie drobne utrapienie. Reputacja właścicielki skutecznie zniechęca niechcianych gości, a tamtego dnia jasno i wyraźnie dała do zrozumienia, dlaczego. - Aidan odstawił filiżankę na spodek, po czym ponownie spojrzał na gospodarzy, tym razem bez uśmiechu. - Powiedziałem wam, że przyjechałem do pracy, i tak jest. Wiem, że stosunki między nami nie należą do najlepszych, ale w moich oczach rodzina Viktorii jest także moją rodziną, i ze względu na nią nie chcę, by mój pobyt w Anglii w jakikolwiek sposób wam zaszkodził. Dlatego nie zamierzam nadużywać waszej gościnności. Spędzę trochę czasu w waszym ministerstwie, i może się zdarzyć, że się gdzieś spotkamy. Moja szefowa wie, że się znamy, nie sądzę, by to dalej przekazała, ale nigdy dość ostrożności. Dlatego chcę was uprzedzić, że będę się trzymał wersji oficjalnej, ale jeśli nikt nie zapyta o Viktorię, nikomu nie zamierzam o niej mówić, jak długo będzie to możliwe, i proszę was o to samo.
- Naturalnie - powiedział Malfoy. - Pozostaje jednak pewien problem. W ministerstwie pracuje kilka osób, które mogą pamiętać, jak wyglądał Czarny Pan w młodości, część uczęszczała do Hogwartu w tym samym czasie, a nieraz są to osoby raczej wysoko postawione. A ty, cóż...
- Wyglądam jak on.
- Nie zrozum nas źle - odezwała się prędko Narcyza. - Nie wiemy, kto pracuje dla Dumbledore'a, a i on sam bywa wciąż w ministerstwie przy różnych okazjach, choć to prawda, że ostatnio rzadko. Ale mogą cię wysłać wszędzie... choćby do Hogwartu, przecież tam ostatnio widziano Karkarowa...
- Doceniam waszą troskę - zapewnił Aidan. - Pomyślałem także i o tym. - Sięgnął pod szatę i wydostał spod niej zawieszony na łańcuszku pierścień. - To metamorfamulet, jeden z tych starszych. Dostałem go od dziadka właśnie na taką sytuację. Nie mogę zmienić wyglądu całkowicie, bo zawsze istnieje możliwość, że spotkałem wcześniej kogoś, kto pracuje w ministerstwie, i zauważy niedopasowanie nazwiska do twarzy... ale ten drobiazg gwarantuje, że osoba, której wydam się do kogokolwiek podobny, szybko straci zainteresowanie tematem. Ludziom ciągle zdarzają się takie rzeczy, więc powinno zadziałać. - Schował pierścień, nie odwracając wzroku od państwa Malfoyów. - Jest jeszcze jedna sprawa, którą muszę poruszyć, i chciałbym, żebyście byli ze mną absolutnie szczerzy.
Lucjusz nie musiał czekać na pytanie.
- Nie ma powodu, by to przed tobą ukrywać. To prawda.
- Pod koniec czerwca?
- Tak.
- Dlaczego nas nie powiadomiono? Draco mógł przekazać wiadomość.
- Takie otrzymaliśmy rozkazy. Nie interweniować, dopóki nie pojawicie się w kraju.
Aidan pochylił się do przodu, oparł brodę na splecionych palcach i przymknął oczy. Czekanie wydawało się Malfoyom wiecznością.
- W porządku. - Młody Valerious wstał, zapiął marynarkę i uśmiechnął się do rozmówców. - Najwyraźniej mam umówione spotkanie.

Pokój był mniejszy, niż zapamiętał. Zapalił lampę na stole, a wówczas jego wzrok od razu przykuł wykonany z gliny, piasku i kamieni model zamku, który zbudował, gdy miał siedem lat. Maleńkie okna rozbłysły światłem, gdy podszedł bliżej. Ponad wysokie wieże wystrzeliły srebrno-zielone fajerwerki, pomiędzy którymi uformował się ni mniej, ni więcej, tylko Mroczny Znak.
Uśmiechnął się gorzko. Pamiętał szok, który przeżył, gdy dowiedział się, czym jest ten symbol. Dziadek się z nim nie cackał, z marszu zabrał się za burzenie wszystkiego, w co chłopiec wierzył przez pierwsze lata życia, i można nawet przypuszczać, że omal się nie spóźnił. A mimo to nigdy nie zapomniał, w jaki sposób uśmiechnął się ojciec, gdy poprosił go o nauczenie zaklęcia Morsmordre. Sądził, że to coś w rodzaju herbu, i właściwie tak było. Nikomu nie opowiadał o tym zamku, czuł zażenowanie, choć jego wina leżała wyłącznie w nieświadomości. W tej chwili miał ochotę go zniszczyć, ale nie mógł tego zrobić, jeśli chciał stąd wyjść w jednym kawałku.
Niespiesznie obejrzał ciemne, gustowne meble wypełniające pokój. Zastanowił się przez chwilę, czy wybierała je Winylda, czy jego matka. Lubił myśleć, że matka, ale nigdy nie zapytał. Przestał o nią pytać wcześniej, niż pojawiły mu się w głowie ważne pytania. Dziadek też niechętnie mówił o córce. Uwielbiał wnuka, i zrobiłby dla niego prawie wszystko, ale o Vigdis opowiadał rzadko, głównie źle. Matka wdała się w zły romans, po czym, zaślepiona Voldemortem, uciekła do Anglii i nigdy nie wróciła. Aidan starał się jej nie oceniać. Nie znał jej wersji wydarzeń, i nigdy nie pozna. W tej kwestii nie ufał nawet dziadkowi, nie mówiąc o ojcu ani Winyldzie.
Jedyną namiastką matki, jaką dobrze wspominał, była Daria Diana. Pojawiła się znienacka, z tymi jej idealnie prostymi włosami, pretensjonalnym akcentem oraz małym zaokrągleniem na wysokości talii, w którym przez wiele miesięcy rosła jego siostra. Ojciec sprowadził ją do domu, żeby nikt się nie dowiedział o ciąży. Taki rodzaj troski wydawał się w jego przypadku zaskakujący, ale okazało się, że był to pomysł panny Malfoy. Na początku myślał, że Daria jest jego macochą, ale dziewczyna szybko wyprowadziła go z błędu. Nie kryła się z tym, że nie kocha jego ojca i nie jest z nim w związku, za to za Aidanem przepadała i spędzała z nim tyle czasu, ile tylko mogła. Jego życie w Twierdzy Cieni zmieniło się diametralnie od poznania jej, i aż do zniknięcia ojca było znacznie lepsze niż wcześniej.
Nie wiedział, jak zginęły jego matka i matka Viktorii. Sądził jednak, że zna odpowiedź, i w obu przypadkach była taka sama. Ojciec nie mógł sobie pozwolić na takie ryzyko nielojalności swoich dzieci.
Posłania umieszczono w głębi pokoju. Odgarnął zielonkawą zasłonę z lekkiej, półprzezroczystej materii, by zobaczyć za nim przykryte szmaragdową narzutą łóżko i kołyskę z ciemnego, rzeźbionego drewna. Tamtej nocy Aidan nie zawracał sobie głowy uporządkowaniem pościeli, a jednak po jego odejściu ktoś o to zadbał. Stary, pluszowy wąż, którego Viktoria dawno temu sponiewierała pierwszymi mlecznymi zębami, nadal leżał na jej poduszce. Nie mógł się nie uśmiechnąć.
Kiedyś siostra miała własną sypialnię w pokoju obok. Pewnie nadal leżało tam mnóstwo jej rzeczy. Jednak gdy jej matka umarła, przez kilka kolejnych nocy tak krzyczała, że Winylda odpuściła i pozwoliła jej spać u Aidana. Wrzaski ustąpiły jak ręką odjął.
Usiadł na swoim dawnym łóżku. Zrobił to świadomie i celowo, ponieważ właśnie tutaj ostatni raz widział go ojciec. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd, zbyt wiele miał do stracenia.
Zasłona zafalowała, zdradzając przepływ powietrza między pomieszczeniami. Ciche kroki absurdalnie sugerowały, że przybyły stara się ograniczyć czyniony hałas, ponieważ lata temu spały tu dzieci.
Przez chwilę spoglądali na siebie poprzez zielonkawy materiał. Aidan, z dłonią na obramowaniu kołyski, patrzył na człowieka, którego nie poznawał - a jednak w jakiś sposób czuł, że te wężowe rysy i czerwone oczy są właściwsze niż twarz, którą ledwie już pamiętał. Tłumił myśli, których nie chciał eksponować, co nie znaczy, że o nich nie pamiętał.
Kłamca, manipulator, arogancki wichrzyciel. Charyzmatyczny przywódca, za którym poszły zaślepione tłumy. Zimnokrwisty zabójca, wyrachowany sadysta, psychopata. Morderca mojej matki i mojej zastępczej matki. Człowiek, który dał mi siostrę.
Mój ojciec.
Młody auror podniósł się, odsunął lekki woal, po czym spojrzał prosto w oczy Voldemorta.
- Zeszło ci się – zauważył z szelmowskim uśmiechem.